poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozdział 2 - znajomości

To był on.
Siedział z tym swoim dziwnym uśmieszkiem na jednym z dużych krzeseł.
Popijał małymi łykami wino, patrząc na mnie. O mało się nie przewróciłam. Koleżanki z pracy popatrzyły na mnie ze złością, każąc się skupić. Miały rację, w końcu jestem w pracy, dzień jak codzień, tylko, że ten ogier, miałam cichą nadzieję, że nie jest taki jak inni. Co ja sobie myślałam, nawet go nie znam. Moje rozmyślania przerwał znajomy dźwięk, który sygnalizuje, że teraz moja kolej na solówkę. Rytmiczne przeszłam na środek sceny, machając ogonem i tupiąc cicho kopytami. Po chwili wystrzeliłam w górę, moje skrzydła i róg powróciły, z tym moje moce. Nikt nie myślał, że to ja jestem legendarnym Muzykanem. Oglądający myślą, że to tylko bajeczka, efekty specjalne. Idioci. Popatrzyłam na niego. Siedział z szeroko otwartymi oczami, jego twarz wykazywała wielkie zdziwienie. Popatrzył mi w oczy. On wiedział.
Cały mój świat legł w gruzach. Przestałam słyszeć muzykę, skrzydła i róg ponownie zniknęły. Spadłam na ziemię. Niezadowoleni klienci, zaczęli kierować się ku wyjściu, kiedy na scenę wpadł Trey.
-Hej, hola, hola hola! Przecież nic się nie stało, zaraz powrócimy z przedstawieniem - krzyczał z paniką w głosie. Jednak tłum go nie słuchał i dalej wychodził. Przeczesywałam tłum wzrokiem, ale nigdzie nie mogłam znaleźć Lightninga. Kiedy sala opustoszała, Trey zwrócił się do pozostałych tancerek.
- Wszystkie. Do. Przebieralni. Teraz - wycedził przez zęby. Zaczęłam kierować się w stronę korytarza, kiedy znowu odezwał się mój szef. -Storm, ty zostajesz.
Przełknęłam głośno ślinę. Odwróciłam się na tylnich kopytach i ruszyłam z powrotem na scenę. Zostałam tylko ja i Trey.
-CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?! STRACIŁEM STARYCH KLIENTÓW! TO KONIEC, WSZYSTKO STRACONE!!! - wrzeszczał, a ja tylko kuliłam się ze strachu. Nigdy nie słyszałam go tak złego.
-POPSUŁAŚ WSZYSTKO! POMYŚLAŁAŚ O TYCH BIEDNYCH KLACZACH, KTÓRE PRZEZ CIEBIE BĘDĄ MUSIAŁY JESZCZE CIĘŻEJ PRACOWAĆ?! - kontynuował, przybliżając się do mnie.
-Wiem kim jesteś. Tylko ode mnie zależy czy Cię wydam czy nie - powiedział cichym, groźnym tonem. To była prawda. Nie specjalnie zdradziłam mu, kim jestem. To było pierwszego dnia pracy.
Chciał sprawdzić jak się ruszam. Byłam głupia i młoda. Nie pomyślałam i... dałam się ponieść muzyce. Obiecał, że mnie nie wyda, ale pod jednym warunkiem.
Musiałam robić absolutnie wszystko, co mi kazał.
I robiłam.
-Słuchaj... mogę ci to wybaczyć, ale pod jedynym warunkiem - powiedział tajemniczym głosem.  - zawsze uważałem, że jesteś najładniejsza ze wszystkich pracownic - dotknął moją sukienkę, przejeżdżając po niej kopytem.
Zadrżałam ze strachu. On chyba to odebrał jako zaproszenie.
Popchnął mnie na ścianę i zaczął całować w szyję. Odepchnęłam go najmocnej jak potrafiłam. Jednak on tylko na chwilę oderwał się od mojej szyji.
-Proszę, przestań - wyjąkałam.
-Ale moja droga, pamiętasz jak mi obiecałaś, że będziesz robić wszystko co  Ci każę? - pobladłam na dźwięk jego słów. Wiedziałam, że jest podły i zależy mu wyłącznie na pieniądzach, ale żeby było z nim aż tak źle...
- Więc chodź tu do mnie grzecznie i się nie ruszaj.
Podeszłam powoli zrezygnowana. Nie mogłam pozwolić by mnie wydał. Musiałam to przetrwać.
Ściągnął moje ubranie i stanął za mną.
Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na najgorsze...
...ale nic się nie działo. Otworzyłam powoli oczy. Odwróciłam się i ujrzałam dwóch ogierów, jeden kopał brutalnie drugiego. Rozpoznałam mojego wybawce.
-Lightning! - wykrzyknęłam zdumiona.
Lightning zadał ostateczny cios Treyowi. Ten opadł bez życia na podłogę.
-Chodź nie ma czasu - powiedział i popchnął mnie w stronę wyjścia. Byłam zbyt zszokowana całym zajściem by zaprotestować. Kiedy nareszcie znaleźlliśmy się na zewnątrz, odzyskałam panowanie nad sobą.
- Co jest? Dlaczego mnie uratowałeś? Skąd się tam wziąłeś? Widziałam jak wychodzisz... po co miałbyś wrócić? Jak... - nie zdążyłam skończyć, bo zatkał mi pyszczek kopytem
-Spokojnie, wiem, że jesteś bardzo ciekawa, obiecuje, że porozmawiamy o wszystkim, ale najpierw musimy iść w jakieś bezpieczne miejsce - powiedział szybko. Postanowiłam mu choć trochę zaufać.
-No okej.. ale jakie miejsce masz na myśli? - zapytałam.
-Moje mieszkanie - uśmiechnął się lekko. Rozbawił mnie podtekst w tej odpowiedzi. Wybuchnęłam śmiechem.
- Jak mnie masz zamiar przekonać bym z tobą poszła po tym co się stało? - droczyłam się z nim. Jego twarz spoważniała.
-Wiem gdzie jest Lucky.

niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 1 - przebudzenie


Obudziłam się z ciężkim westchenieniem.
Znowu to samo, ten sam koszmar, ten sam od wieków, co noc.
Potarłam kopytem głowę.
Ciągle nie wiem gdzie jest Lucky, czy żyje.
Tak bardzo chciałabym to wiedzieć!
Odkąd uciekłam z rodzinnego miasta, jak teraz wiem wymarłej już rasy Muzykanów, kucyków alicornów znającym magię muzyki, nie widziałam mojej siostry. Dowiedziałam się również, że wszyscy Muzykanie, którzy jakimś cudem przeżyli muszą zostać zlikwidowani. Ukrywam się więc, pracując na czarno, modląc się co dnia by mnie nie złapali żołnierze Celestii, okrutnej tyranki, która uwięziła swoją siostrę, za to, że mówiła prawdę. Tylko ta rasa ma wystarczającą moc, by obalić jej rządy, więc ona ich wybiła. Tylko, że pozostali nauczyli się maskować. Odkryli zaklęcie, które ukrywa róg i skrzydła. Aktywują się one tylko podczas słuchania, tańczenia czy przy tworzeniu muzki. Do tej pory nie spotkałam innego przedstawiciela mojego rodu, być może jestem ostatnia.
Wstałam z twardego materaca, rozglądając się po moim pokoju. Nie pomalowane ściany, krzyczały nagością. Okna za kratami były brudne i zakurzone. Drzwi, szare, zniszczone, były po lewej stronie pokoju, prowizoryczne łóżko po prawej. Pomieszczenie oświetlało stare światło małej lampki na suficie. w kącie stała szafa, koło niej niewielka toaletka. Poszłam do łazienki i wzięłam prysznic.
Otrzepałam się z wody i uczesałam mokrą grzywę .
-Pora do pracy- westchnęłam i otworzyłam drzwi wejściowe.
Mieszkałam w biednej, starej kamienicy, położonej niedaleko rynku. Było to nieduże miasteczko, blisko stolicy Equestrii. A zwało się Mytric.
Ruszyłam kłusem w kierunku serca miasta. Pogoda była cudna, słońce świeciło, bez chmurki na niebie. Skręciłam w prawo, byłam już niedaleko mieszkania mojego pracodawcy. Zamyślona, nie zauważyłam, że ktoś idzie z naprzeciwka. Wleciałam w jakiegoś ogiera. Upadłam z impetem na ziemie.
-Nic nie jest? - zapytał z troską nieznajomy, podając mi kopyto. Nie przyjęłam jego pomocy i samodzielnie wstałam. Niezrażony moją lodowatą postawą, uśmiechnął się lekko.
- Przepraszam, nie zauważyłem Cię. Mam na imię Lightning, a ty?
-Dla ciebie mój drogi, pozostanę anonimowa. A teraz wybacz, już jestem spóźniona - otrzepałam się i ruszyłam szybko przed siebie.
-Do zobaczenia! - odkrzyknął z tyłu.
-Taaa jasne - mruknęłam do siebie, kiedy nareszcie dotarłam do celu.
Otworzyłam wielkie, mosiężne drzwi zaniedbanego bloku i weszłam do środka. Oczywiście muszę teraz wspinać się do góry po schodach, aż do 10 piętra. Popędziłam szybkim galopem, przeskakując stopnie. Po dłuższej chwili dotarłam na ostatnie piętro. Moim celem były ciemne, normalnej wielkości drzwi. Nigdy do nich nie pukałam, po prostu wchodziłam. I tak było też tym razem.
Kiedy przechodziłam próg wielkiego mieszkania, moje nozdrza uderzył zapach fajek i malin.
-No, no, no. Któż to raczył nas odwiedzić? - usłyszałam drwiący głos mojego szefa.
-Bez przesady, Trey, nie spóźniłam się super dużo. Pewien... ogier wpadł na mnie po drodze - odparłam z irytacją.
-Ogier, powiadasz? Może to nasz przyszły klient? - zaśmiał się Trey. - Idź się przebierać zaraz zaczynamy nasze show.
Ruszyłam szybko długim korytarzem z dużą ilością drzwi. Ściany były pomalowane na czarno, gdzieniegdzie widać było rdzawo - żółto- pomarańczowe plamy, które przypominały, że ktoś  kiedyś tu zwymiotował.
Dotarłam do przebieralni. Był to niewielki, pomalowany na różowo pokój z nieskończoną ilością różnych szalików boa, czarnych i różowych sukienek. Pomieszczenie było pełne od klaczy, które nagle przestały wykonywać swoją czynność.
-Storm! Myślałyśmy, że coś ci się stało i nie przyjedziesz - wykrzyknęła jedna z nich, Merr.
-Już chciałam brać na siebie twoich klientów - odpowiedziała ze smutkiem, ale i ulgą na pyszczku Systemy.
-No już dobrze, już dobrze, ale dotarłam i to się liczy - zaczęłam ubierać koronkową, czarną sukienkę, w zestawie z różowymi pończochami. Moją blond grzywę spięłam w ciasnego koka. Nie byłam dumna z tej pracy, ale tylko ona dawała mi pewną anonimowość i była w miarę dobrze płatna.
- ZA 2 MINUTY ZACZYNAMY, NA MIEJSCA!- usłyszałam ryk Treya.
Założyłyśmy maski i ruszyłyśmy tanecznym krokiem na scenę na końcu korytarza. Zaczęła grać skoczna, ale cicha muzyka. Weszłyśmy rytmicznie na scenę machając ogonami. Na trybunach były same ogiery, które gwiżdżąc i krzycząc na nasz widok, piły drogie wino. Nagle zauważyłam znajomą twarz. To był on.