niedziela, 29 listopada 2015
Rozdział 1 - przebudzenie
Obudziłam się z ciężkim westchenieniem.
Znowu to samo, ten sam koszmar, ten sam od wieków, co noc.
Potarłam kopytem głowę.
Ciągle nie wiem gdzie jest Lucky, czy żyje.
Tak bardzo chciałabym to wiedzieć!
Odkąd uciekłam z rodzinnego miasta, jak teraz wiem wymarłej już rasy Muzykanów, kucyków alicornów znającym magię muzyki, nie widziałam mojej siostry. Dowiedziałam się również, że wszyscy Muzykanie, którzy jakimś cudem przeżyli muszą zostać zlikwidowani. Ukrywam się więc, pracując na czarno, modląc się co dnia by mnie nie złapali żołnierze Celestii, okrutnej tyranki, która uwięziła swoją siostrę, za to, że mówiła prawdę. Tylko ta rasa ma wystarczającą moc, by obalić jej rządy, więc ona ich wybiła. Tylko, że pozostali nauczyli się maskować. Odkryli zaklęcie, które ukrywa róg i skrzydła. Aktywują się one tylko podczas słuchania, tańczenia czy przy tworzeniu muzki. Do tej pory nie spotkałam innego przedstawiciela mojego rodu, być może jestem ostatnia.
Wstałam z twardego materaca, rozglądając się po moim pokoju. Nie pomalowane ściany, krzyczały nagością. Okna za kratami były brudne i zakurzone. Drzwi, szare, zniszczone, były po lewej stronie pokoju, prowizoryczne łóżko po prawej. Pomieszczenie oświetlało stare światło małej lampki na suficie. w kącie stała szafa, koło niej niewielka toaletka. Poszłam do łazienki i wzięłam prysznic.
Otrzepałam się z wody i uczesałam mokrą grzywę .
-Pora do pracy- westchnęłam i otworzyłam drzwi wejściowe.
Mieszkałam w biednej, starej kamienicy, położonej niedaleko rynku. Było to nieduże miasteczko, blisko stolicy Equestrii. A zwało się Mytric.
Ruszyłam kłusem w kierunku serca miasta. Pogoda była cudna, słońce świeciło, bez chmurki na niebie. Skręciłam w prawo, byłam już niedaleko mieszkania mojego pracodawcy. Zamyślona, nie zauważyłam, że ktoś idzie z naprzeciwka. Wleciałam w jakiegoś ogiera. Upadłam z impetem na ziemie.
-Nic nie jest? - zapytał z troską nieznajomy, podając mi kopyto. Nie przyjęłam jego pomocy i samodzielnie wstałam. Niezrażony moją lodowatą postawą, uśmiechnął się lekko.
- Przepraszam, nie zauważyłem Cię. Mam na imię Lightning, a ty?
-Dla ciebie mój drogi, pozostanę anonimowa. A teraz wybacz, już jestem spóźniona - otrzepałam się i ruszyłam szybko przed siebie.
-Do zobaczenia! - odkrzyknął z tyłu.
-Taaa jasne - mruknęłam do siebie, kiedy nareszcie dotarłam do celu.
Otworzyłam wielkie, mosiężne drzwi zaniedbanego bloku i weszłam do środka. Oczywiście muszę teraz wspinać się do góry po schodach, aż do 10 piętra. Popędziłam szybkim galopem, przeskakując stopnie. Po dłuższej chwili dotarłam na ostatnie piętro. Moim celem były ciemne, normalnej wielkości drzwi. Nigdy do nich nie pukałam, po prostu wchodziłam. I tak było też tym razem.
Kiedy przechodziłam próg wielkiego mieszkania, moje nozdrza uderzył zapach fajek i malin.
-No, no, no. Któż to raczył nas odwiedzić? - usłyszałam drwiący głos mojego szefa.
-Bez przesady, Trey, nie spóźniłam się super dużo. Pewien... ogier wpadł na mnie po drodze - odparłam z irytacją.
-Ogier, powiadasz? Może to nasz przyszły klient? - zaśmiał się Trey. - Idź się przebierać zaraz zaczynamy nasze show.
Ruszyłam szybko długim korytarzem z dużą ilością drzwi. Ściany były pomalowane na czarno, gdzieniegdzie widać było rdzawo - żółto- pomarańczowe plamy, które przypominały, że ktoś kiedyś tu zwymiotował.
Dotarłam do przebieralni. Był to niewielki, pomalowany na różowo pokój z nieskończoną ilością różnych szalików boa, czarnych i różowych sukienek. Pomieszczenie było pełne od klaczy, które nagle przestały wykonywać swoją czynność.
-Storm! Myślałyśmy, że coś ci się stało i nie przyjedziesz - wykrzyknęła jedna z nich, Merr.
-Już chciałam brać na siebie twoich klientów - odpowiedziała ze smutkiem, ale i ulgą na pyszczku Systemy.
-No już dobrze, już dobrze, ale dotarłam i to się liczy - zaczęłam ubierać koronkową, czarną sukienkę, w zestawie z różowymi pończochami. Moją blond grzywę spięłam w ciasnego koka. Nie byłam dumna z tej pracy, ale tylko ona dawała mi pewną anonimowość i była w miarę dobrze płatna.
- ZA 2 MINUTY ZACZYNAMY, NA MIEJSCA!- usłyszałam ryk Treya.
Założyłyśmy maski i ruszyłyśmy tanecznym krokiem na scenę na końcu korytarza. Zaczęła grać skoczna, ale cicha muzyka. Weszłyśmy rytmicznie na scenę machając ogonami. Na trybunach były same ogiery, które gwiżdżąc i krzycząc na nasz widok, piły drogie wino. Nagle zauważyłam znajomą twarz. To był on.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz