piątek, 4 grudnia 2015

Rozdział 4 - co teraz?

-Okej, spróbuj jeszcze raz - powiedział cierpliwie Lightning. Zamknęłam oczy i próbowałam się skupić. Usłyszałam pierwsze dzięki muzyki. Gdy melodia zaczęła się rozkręcać, dałam się ponieść muzyce. Poczułam jak zaczęłam się unosić. Skupiłam całą swoją uwagę na mój róg. Przez dobre dwa tygodnie próbowałam opanować moją moc, ale za każdym razem próba kończyła się niepowodzeniem. Po dłuższej chwili muzka ustała, a ja spadłam na nogi, miękko lądując w trawie. Usłyszałam przeraźliwy ryk. Okazało się, że podpaliłam ogon Systemica i nasze radio. Lightning bezskutecznie próbował pomóc przyjacielowi.
-AAAAA CHOLERA! - wrzeszczał czarny ogier.
-Stary, stary, STARY! Ziomek wyluzuj - uspokajał go Lightning.  Popatrzyłam na mały ogródek za domem, w którym spędzałam ostatnie dni. Miałam już dość porażek. Musiałam stąd uciec. Ruszyłam galopem w stronę domu, zaciskając mocno powieki, by się nie rozpłakać. Wbiegłam do domu i na schody. Po chwili już byłam w moim pokoju. Rzuciłam się na łóżko, ukrywając pyszczek w poduszce. Po może 20 minutach usłyszałam skrzypienie drzwi.
-Hej - powiedział miękko Lightning. - Mogę wejść?
Nie odpowiedziałam, co potraktował za pozwolenie. Podszedł cicho do łóżka i położył się koło mnie. Zawsze był dla mnie bardzo miły. Strasznie go polubiłam, nie wiem jakby wyglądało moje życie bez niego.
-Wiesz, jak zaczynałem, też mi nie wychodziło. Dzień za dniem próbowałem się zrozumieć. Po 3 miesiącach nareszcie udało mi się opanować moją  siłę na tyle by móc brać udział w bitwach gangów. Wiem, że tobie też się uda - odwrócił kopytem moją twarz w jego kierunku. - Jestem przekonany, że ci się uda.
-Taaaa jasne, a kucyki ziemne są księżniczkami - przewróciłam oczami. - Jak tam Systemic? - zapytałam, zmieniając temat.
- Chwilę powierzgał, pokrzyczał, zgasiłem go i podszedł spać. Naprawdę, nie masz się czym martwić - zaśmiał się, a chwilę później dołączyłam do niego. Wstał.
- To co, próbujemy jeszcze raz?
-Czy to konieczne? Może spróbujemy znowu jutro... - zajęczałam żałośnie.
- Nie. Teraz albo nigdy - odpowiedział twardo.
- Ale nawet muzyki nie mamy...- i nagle znikąd wyjął małe bębny.
- Skąd ty to... a zresztą nie ważne, miejmy to już z głowy - stwierdziłam przygotowując się.
-Gotowa?
-Tak - zaczął grać spokojny rytm. Cicha muzyka zaczęła wzrastać w siłę, przez co mogłam się w nią wczuć. Już po niecałej minucie unosiłam się w powietrzu. "Okej Storm, dasz radę, dasz radę" - pomyślałam.
-Tak jest, o to chodzi. Teraz podpal poduszkę! - zapiszczał jak mała dziewczynka, Lightning, nie przestawając grać.
Mój wzrok opadł na nieszczęsny przedmiot. Skierowałam na niego moją moc. Po sekundzie zaczął się dymić, a chwilę po tym palić, kolorowym płomieniem.
-Jest, udało mi się! - zapiszczałam. Nareszcie!
- Woohooo! Wiedziałem, że potrafisz- przestał grać i porwał mnie w objęcia. Przyłożył pyszczek do mojego ucha.
-Jesteś gotowa.
-To co teraz?

wtorek, 1 grudnia 2015

Rozdział 3 - rodzinne więzy

Stanęłam jak wryta.
Co on powiedział?! Musiałam się przesłyszeć. Albo świruje. To nie może być prawda... albo może jednak?
Czułam się jakbym była pod wodą. Słyszałam tylko szum, powoli stawiałam kopyta, podążając za Lightningiem. Nie pamiętam drogi, ale wiem, że to była długa wycieczka. Doszliśmy do przytulnego domku w głębi lasu. Był z ciemnego drewna. Na tle wyróżniały się jasne okna. Cały budynek był otoczony zielonym żywopłotem. Droga do chatki była z kamienia. Wszędzie było cicho, nawet ptaki nie śpiewały. Słychać było tylko stukot naszych kopyt uderzających o posadzkę. Doszliśmy do masywnych drzwi. Lightning zaczął mocować się z zamkiem. Tak naprawdę nigdy mu się nie przyglądałam. Jego ciało jest smukłe, ale i bardzo mocne. Sierść koloru pomarańczowego. Nie miał rogu ani skrzydeł. Jego znaczek to była błyskawica otoczona przez kolorowe plamy. Ogon krótki koloru brązowego, grzywa podobnie tylko miał jedno niebieskie pasemko. Podobnie jak ja tylko ja miałam blond grzywę z pasemkami w  kolorach tęczy. Oczy miał niebieskie, jak ocean albo morze. "Jest bardzo przystojny" - pomyślałam. W końcu udało mu się otworzyć drzwi. Weszliśmy do środka. Domek był prześliczny. Brązowe ściany, czarna podłoga. Niewielka kuchnia z lodówką i kuchenką. Mini salonik z dużym puszystym dywanem i sofą. Stał tam nawet prawdziwy kominek. Po prawej stronie stały schody prowadzące zapewne do sypialni.
- Podoba się? - chyba musiał domyślić się odpowiedzi po mojej minie.
- T-tak, nawet bardzo - wykrztusiłam.
- Chodź, pokażę ci twoją sypialnię - powiedział i ruszył w stronę schodów.
- Będę mieć własną sypialnię?! - wykrzyknęłam zdumiona.
- A co, wolałabyś spać ze mną? - zapytał, zatrzymując się na chwilę ze złośliwym uśmieszkiem. Nagle ktoś na mnie skoczył . Był to masywny czarny ogier w żółte paski, albo żólty w czarne paski, sama nie wiem. Ale był ciężki.
- Hej! Złaź ze mnie! - powiedziałam z trudem.
- Ani mi się śni! LIGHTNING DO CHOLERY KTO TO JEST?! ODBIŁO CI?!
Lightning za to śmiał się w najlepsze. Miałam wrażenie, że zaraz się udusi.
-Systemic... błagam Cię... nie jestem idiotą. Ale twoja reakcja była niesamowita - teraz to turlał się ze śmiechu. Niejaki Systemic raczył ze mnie zejść. Wstałam i otrzepałam się z kurzu.
-Dobra. Możecie mi wyjaśnić o co tu chodzi?
-A tak tak, jasne, usiądźmy - opanował się i podszedł do kanapy. Usiedliśmy w trójkę.
-Wiem, że nie jesteś kucem ziemnym. Jesteś Muzykanem, ale nie byle jakim. Córką Władzcy - zaczął Lightning
-Skąd ty to wiesz?!
- Obserwowałem  Cię od dawna. Dopiero na twoim występie, zrozumiałem, że to ty.
-Och... - wybłąkałam.
- Ja i Systemic również jesteśmy Muzykanami. Z różnych wiosek. Pomyślałem, że powinniśmy się trzymać razem - powiedział, uśmiechając się lekko.
-Ookej, ale powiedziałeś, że wiesz gdzie jest Lucky, moja siostra.
-Owszem, wiem. Posłuchaj mnie uważnie. Muzykanów jest więcej niż myślisz. Postwarzali gangi, które ze sobą konkurują. Biją się na muzykę. Ja i Systemic też tworzymy gang i czasami się z nimi bijemy. Jeden z takich zespołów, porwał twoją siostrę i zmuszają ją do występów w tych "konkursach". A nazywają się... - przerwał.
- Doonkleys - skończył za Lightninga Systemic.
- Właśnie. Chcemy ją odbić. A do tego jesteś nam potrzebna, masz większą moc niż my.
-Hmmm. Okej, to kiedy mogę zacząć trening? - zapytałam bez wahania.
-Teraz - uśmiechnął się tajemniczo Systemic.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozdział 2 - znajomości

To był on.
Siedział z tym swoim dziwnym uśmieszkiem na jednym z dużych krzeseł.
Popijał małymi łykami wino, patrząc na mnie. O mało się nie przewróciłam. Koleżanki z pracy popatrzyły na mnie ze złością, każąc się skupić. Miały rację, w końcu jestem w pracy, dzień jak codzień, tylko, że ten ogier, miałam cichą nadzieję, że nie jest taki jak inni. Co ja sobie myślałam, nawet go nie znam. Moje rozmyślania przerwał znajomy dźwięk, który sygnalizuje, że teraz moja kolej na solówkę. Rytmiczne przeszłam na środek sceny, machając ogonem i tupiąc cicho kopytami. Po chwili wystrzeliłam w górę, moje skrzydła i róg powróciły, z tym moje moce. Nikt nie myślał, że to ja jestem legendarnym Muzykanem. Oglądający myślą, że to tylko bajeczka, efekty specjalne. Idioci. Popatrzyłam na niego. Siedział z szeroko otwartymi oczami, jego twarz wykazywała wielkie zdziwienie. Popatrzył mi w oczy. On wiedział.
Cały mój świat legł w gruzach. Przestałam słyszeć muzykę, skrzydła i róg ponownie zniknęły. Spadłam na ziemię. Niezadowoleni klienci, zaczęli kierować się ku wyjściu, kiedy na scenę wpadł Trey.
-Hej, hola, hola hola! Przecież nic się nie stało, zaraz powrócimy z przedstawieniem - krzyczał z paniką w głosie. Jednak tłum go nie słuchał i dalej wychodził. Przeczesywałam tłum wzrokiem, ale nigdzie nie mogłam znaleźć Lightninga. Kiedy sala opustoszała, Trey zwrócił się do pozostałych tancerek.
- Wszystkie. Do. Przebieralni. Teraz - wycedził przez zęby. Zaczęłam kierować się w stronę korytarza, kiedy znowu odezwał się mój szef. -Storm, ty zostajesz.
Przełknęłam głośno ślinę. Odwróciłam się na tylnich kopytach i ruszyłam z powrotem na scenę. Zostałam tylko ja i Trey.
-CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ?! STRACIŁEM STARYCH KLIENTÓW! TO KONIEC, WSZYSTKO STRACONE!!! - wrzeszczał, a ja tylko kuliłam się ze strachu. Nigdy nie słyszałam go tak złego.
-POPSUŁAŚ WSZYSTKO! POMYŚLAŁAŚ O TYCH BIEDNYCH KLACZACH, KTÓRE PRZEZ CIEBIE BĘDĄ MUSIAŁY JESZCZE CIĘŻEJ PRACOWAĆ?! - kontynuował, przybliżając się do mnie.
-Wiem kim jesteś. Tylko ode mnie zależy czy Cię wydam czy nie - powiedział cichym, groźnym tonem. To była prawda. Nie specjalnie zdradziłam mu, kim jestem. To było pierwszego dnia pracy.
Chciał sprawdzić jak się ruszam. Byłam głupia i młoda. Nie pomyślałam i... dałam się ponieść muzyce. Obiecał, że mnie nie wyda, ale pod jednym warunkiem.
Musiałam robić absolutnie wszystko, co mi kazał.
I robiłam.
-Słuchaj... mogę ci to wybaczyć, ale pod jedynym warunkiem - powiedział tajemniczym głosem.  - zawsze uważałem, że jesteś najładniejsza ze wszystkich pracownic - dotknął moją sukienkę, przejeżdżając po niej kopytem.
Zadrżałam ze strachu. On chyba to odebrał jako zaproszenie.
Popchnął mnie na ścianę i zaczął całować w szyję. Odepchnęłam go najmocnej jak potrafiłam. Jednak on tylko na chwilę oderwał się od mojej szyji.
-Proszę, przestań - wyjąkałam.
-Ale moja droga, pamiętasz jak mi obiecałaś, że będziesz robić wszystko co  Ci każę? - pobladłam na dźwięk jego słów. Wiedziałam, że jest podły i zależy mu wyłącznie na pieniądzach, ale żeby było z nim aż tak źle...
- Więc chodź tu do mnie grzecznie i się nie ruszaj.
Podeszłam powoli zrezygnowana. Nie mogłam pozwolić by mnie wydał. Musiałam to przetrwać.
Ściągnął moje ubranie i stanął za mną.
Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na najgorsze...
...ale nic się nie działo. Otworzyłam powoli oczy. Odwróciłam się i ujrzałam dwóch ogierów, jeden kopał brutalnie drugiego. Rozpoznałam mojego wybawce.
-Lightning! - wykrzyknęłam zdumiona.
Lightning zadał ostateczny cios Treyowi. Ten opadł bez życia na podłogę.
-Chodź nie ma czasu - powiedział i popchnął mnie w stronę wyjścia. Byłam zbyt zszokowana całym zajściem by zaprotestować. Kiedy nareszcie znaleźlliśmy się na zewnątrz, odzyskałam panowanie nad sobą.
- Co jest? Dlaczego mnie uratowałeś? Skąd się tam wziąłeś? Widziałam jak wychodzisz... po co miałbyś wrócić? Jak... - nie zdążyłam skończyć, bo zatkał mi pyszczek kopytem
-Spokojnie, wiem, że jesteś bardzo ciekawa, obiecuje, że porozmawiamy o wszystkim, ale najpierw musimy iść w jakieś bezpieczne miejsce - powiedział szybko. Postanowiłam mu choć trochę zaufać.
-No okej.. ale jakie miejsce masz na myśli? - zapytałam.
-Moje mieszkanie - uśmiechnął się lekko. Rozbawił mnie podtekst w tej odpowiedzi. Wybuchnęłam śmiechem.
- Jak mnie masz zamiar przekonać bym z tobą poszła po tym co się stało? - droczyłam się z nim. Jego twarz spoważniała.
-Wiem gdzie jest Lucky.

niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 1 - przebudzenie


Obudziłam się z ciężkim westchenieniem.
Znowu to samo, ten sam koszmar, ten sam od wieków, co noc.
Potarłam kopytem głowę.
Ciągle nie wiem gdzie jest Lucky, czy żyje.
Tak bardzo chciałabym to wiedzieć!
Odkąd uciekłam z rodzinnego miasta, jak teraz wiem wymarłej już rasy Muzykanów, kucyków alicornów znającym magię muzyki, nie widziałam mojej siostry. Dowiedziałam się również, że wszyscy Muzykanie, którzy jakimś cudem przeżyli muszą zostać zlikwidowani. Ukrywam się więc, pracując na czarno, modląc się co dnia by mnie nie złapali żołnierze Celestii, okrutnej tyranki, która uwięziła swoją siostrę, za to, że mówiła prawdę. Tylko ta rasa ma wystarczającą moc, by obalić jej rządy, więc ona ich wybiła. Tylko, że pozostali nauczyli się maskować. Odkryli zaklęcie, które ukrywa róg i skrzydła. Aktywują się one tylko podczas słuchania, tańczenia czy przy tworzeniu muzki. Do tej pory nie spotkałam innego przedstawiciela mojego rodu, być może jestem ostatnia.
Wstałam z twardego materaca, rozglądając się po moim pokoju. Nie pomalowane ściany, krzyczały nagością. Okna za kratami były brudne i zakurzone. Drzwi, szare, zniszczone, były po lewej stronie pokoju, prowizoryczne łóżko po prawej. Pomieszczenie oświetlało stare światło małej lampki na suficie. w kącie stała szafa, koło niej niewielka toaletka. Poszłam do łazienki i wzięłam prysznic.
Otrzepałam się z wody i uczesałam mokrą grzywę .
-Pora do pracy- westchnęłam i otworzyłam drzwi wejściowe.
Mieszkałam w biednej, starej kamienicy, położonej niedaleko rynku. Było to nieduże miasteczko, blisko stolicy Equestrii. A zwało się Mytric.
Ruszyłam kłusem w kierunku serca miasta. Pogoda była cudna, słońce świeciło, bez chmurki na niebie. Skręciłam w prawo, byłam już niedaleko mieszkania mojego pracodawcy. Zamyślona, nie zauważyłam, że ktoś idzie z naprzeciwka. Wleciałam w jakiegoś ogiera. Upadłam z impetem na ziemie.
-Nic nie jest? - zapytał z troską nieznajomy, podając mi kopyto. Nie przyjęłam jego pomocy i samodzielnie wstałam. Niezrażony moją lodowatą postawą, uśmiechnął się lekko.
- Przepraszam, nie zauważyłem Cię. Mam na imię Lightning, a ty?
-Dla ciebie mój drogi, pozostanę anonimowa. A teraz wybacz, już jestem spóźniona - otrzepałam się i ruszyłam szybko przed siebie.
-Do zobaczenia! - odkrzyknął z tyłu.
-Taaa jasne - mruknęłam do siebie, kiedy nareszcie dotarłam do celu.
Otworzyłam wielkie, mosiężne drzwi zaniedbanego bloku i weszłam do środka. Oczywiście muszę teraz wspinać się do góry po schodach, aż do 10 piętra. Popędziłam szybkim galopem, przeskakując stopnie. Po dłuższej chwili dotarłam na ostatnie piętro. Moim celem były ciemne, normalnej wielkości drzwi. Nigdy do nich nie pukałam, po prostu wchodziłam. I tak było też tym razem.
Kiedy przechodziłam próg wielkiego mieszkania, moje nozdrza uderzył zapach fajek i malin.
-No, no, no. Któż to raczył nas odwiedzić? - usłyszałam drwiący głos mojego szefa.
-Bez przesady, Trey, nie spóźniłam się super dużo. Pewien... ogier wpadł na mnie po drodze - odparłam z irytacją.
-Ogier, powiadasz? Może to nasz przyszły klient? - zaśmiał się Trey. - Idź się przebierać zaraz zaczynamy nasze show.
Ruszyłam szybko długim korytarzem z dużą ilością drzwi. Ściany były pomalowane na czarno, gdzieniegdzie widać było rdzawo - żółto- pomarańczowe plamy, które przypominały, że ktoś  kiedyś tu zwymiotował.
Dotarłam do przebieralni. Był to niewielki, pomalowany na różowo pokój z nieskończoną ilością różnych szalików boa, czarnych i różowych sukienek. Pomieszczenie było pełne od klaczy, które nagle przestały wykonywać swoją czynność.
-Storm! Myślałyśmy, że coś ci się stało i nie przyjedziesz - wykrzyknęła jedna z nich, Merr.
-Już chciałam brać na siebie twoich klientów - odpowiedziała ze smutkiem, ale i ulgą na pyszczku Systemy.
-No już dobrze, już dobrze, ale dotarłam i to się liczy - zaczęłam ubierać koronkową, czarną sukienkę, w zestawie z różowymi pończochami. Moją blond grzywę spięłam w ciasnego koka. Nie byłam dumna z tej pracy, ale tylko ona dawała mi pewną anonimowość i była w miarę dobrze płatna.
- ZA 2 MINUTY ZACZYNAMY, NA MIEJSCA!- usłyszałam ryk Treya.
Założyłyśmy maski i ruszyłyśmy tanecznym krokiem na scenę na końcu korytarza. Zaczęła grać skoczna, ale cicha muzyka. Weszłyśmy rytmicznie na scenę machając ogonami. Na trybunach były same ogiery, które gwiżdżąc i krzycząc na nasz widok, piły drogie wino. Nagle zauważyłam znajomą twarz. To był on.



czwartek, 23 kwietnia 2015

Prolog


Obudziła mnie mamusia i powiedziała, że czas wstawać. Dziś był ważny dzień dla całej rasy Inmagea. Przecież za parę godzin rozpocznie się święto Feniksa! Rozradowana pomagałam mamusi i tatusiowi w przygotowaniach. Chociaż nie umiałam jeszcze zbyt dobrze używać mojego rogu i skrzydeł to mogłam robić dużo innych rzeczy na przykład bawić się z moją najlepsiejszą* przyjaciółką, Lucky! Co z tego, że jest moją siostrą, kocham się z nią bawić. Kiedy nadszedł wielki czas przepięknej przemowy tatusia, stanęłam razem z Lucky i mamą w pierwszym rzędzie. Kiedy tata zaczął mówić do moich uszu dobiegły jakieś przerażające hałasy. Zasłoniłam moje uszy kopytkami i spojrzałam pytająco na mamę. Jednak ona tylko patrzyła na tatusia, który najwidoczniej się przewrócił, bo leżał na ziemi. Jednak coś było nie tak. Koło taty rozlewał się czerwony płyn. ''Przecież tatuś nie brał ketchupu na przemowę'' - pomyślałam. Wtedy wszystko widziałam w zwolnionym tempie. Mamusia wzięła mnie i Lucky na grzbiet i wystrzeliła w powietrze, Wiedziałam, że jesteśmy  już trochę za duże i ciężkie na latanie na grzbiecie, ale postanowiłam się nie odzywać. Mamusia płakała i szlochała bardzo głośno, a ja nie wiedziałam dlaczego. Potem był tylko huk i wszystkie spadłyśmy na ziemię. Ze skrzydła mamy też wylewał się czerwony płyn. Zdziwiło mnie to, bo ona również nie miała ketchupu. Mamusia popatrzyła na nas słabo i dopiero wtedy zaczęłam panikować.
-Mamo, co się dzieje?- zapytałam lekko drżącym głosem.
- Sound Storm, musisz uciekać - zwróciła się do mnie.- Opiekuj się Lucky. Teraz uciekajcie i nie zatrzymujcie się ani na chwilę. BIEGNIJCIE! - ryknęła mamusia mimo osłabienia.
Jendnak nie mogłam zostawić mamusi ani tatusia samych. Kazałam Lucky zostać z mamą, a sama poszłam na poszukiwanie taty. Wszędzie biegły  kucyki. Nasze miasteczko niszczyły kucyki w szarych zbrojach, które strzelały dziwnymi kulami światła. Coś mi mówiło, że nie chce dostać z tej kulki. Nasz domek, już kompletnie zniszczony. stał w ogniu. Wszystko co kochałam niszczyły te dziwne kuce. Przebijałam się przez tłumy, próbując zostać niezauważoną. Nareszcie dotarłam na miejsce. Podchodząc do mównicy taty, zauważyłam, że teraz jest tu o wiele więcej tego czerwonego czegoś. Kiedy byłam koło taty, on się nie poruszył. Nawet oczu nie otworzył.
-Tatusiu? Co się dzieje, powiedz- chlipnęłam, chowając pyszczek w grzywie taty. Usłyszałam zbliżające się kroki. Wiedziałam. co muszę zrobić. Muszę wrócić po Lucky i stąd uciekać. Wszędzie słyszałam okropne krzyki i huki. O mało nie zemdlałam, ale dotarłam na miejsce gdzie powinna być Lucky i mama. Jednak nic tam nie było oprócz jeszcze większej ilości niewiadomej czerwonej substancji. Wpadłam w panikę. ''Na pewno Lucky jest teraz bezpieczna z mamą'' - trzymałam się tej myśli jak liny ratunkowej. Usłyszałam kolejne huki i krzyki. Jeszcze raz spojrzałam na nasze, teraz już zniszczone, miasto i zaczęłam uciekać. W miarę oddalania się od miejsca zagłady, mój róg i skrzydła zaczęły znikać. Płakałam, wyłam i szlochałam, ale nie zatrzymywałam się. Biegłam, biegłam biegłam.
Biegłam.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*- Sound Storm jest tu dzieckiem, więc mówi ''najlepsiejsza'' :D 
Mam nadzieję, że prolog się wam spodoba. :) Już za niedługo pierwszy rozdział!

Witam was wszystkich bardzo serdecznie!

Będzie to opowiadanie o Sound Storm, która jest kucykiem o niezwykłej zdolności. Kiedy śpiewa lub gra na instrumencie, jej róg i skrzydła powracają, a jej moc jest wtedy najpotężniejszą bronią na świecie. Niestety, w młodym wieku została osierocona przez złą królową Lady Mirror. Teraz musi się ukrywać, jesli chce przeżyć.

Miłego czytania! :)
~Julia